Są wykonawcy na naszej krajowej scenie, którzy mimo małej „popularności” robią swoje, nie zrażają ich nowe trendy muzyczne ani okoliczności polityczne.


Chociaż z polityką, a właściwie walką z nią, związana była i jest głównie tzw. scena punkrockowa, wiele zespołów, zwłaszcza tych pamiętających „czerwony” okres w historii Polski, ale i sam moment przemian, także sięgało po tematy mało wygodne dla władzy. Takich „zespołów walczących” nie brakowało na scenie trójmiejskiej, mocno zbuntowanej i działającej jakby obok systemu. Jednego z takich buntowników widziałem zawsze w osobie Jarka Janiszewskiego i w – co oczywiste – jego Bieliźnie. Band funkcjonujący kompletnie „nie po drodze” z nowymi modami, robił swoje, nawet jeśli to swoje nie przynosiło góry pieniędzy czy milionów fanów. Bo kto miał lubić Bieliznę, to ją lubił.

Moja znajomość z muzyką „bieliźnianej” formacji zaczęła się gdzieś na przełomie lat osiem i dziewięć dziesiątych. Akurat wydali swoją pierwszą płytę, którą się zasłuchiwałem mimo, że wtedy już sięgałem głównie po kapele grające mocniej. Bielizna zachwyciła mnie nie tyle psychodelicznym (wówczas jeszcze nie znałem pewnie tego określenia) podejściem do dźwięków, co tekstami i tytułami utworów. Niektórych do dziś nie pamiętam, dlatego po koncercie, o którym jeszcze nie zacząłem pisać poszedłem „żebrać” o… setlistę.

Ale najwyższa pora przejść do sedna sprawy, czyli koncertu. I tak – do Reszla trafiłem dość przypadkowo, zaalarmowany o wyjeździe kilkanaście minut przed startem. Na miejscu okazało się, że w amfiteatrze przy Miejskim Ośrodku Kultury nagromadziło się sporo publiki, tyle że istniała obawa jej ewakuacji, ponieważ w tym zgromadzeniu dominowały dzieci i ich mamusie, zwabione „dmuchańcami” ustawionymi przy okazji chyba pierwszej w tym sezonie imprezy miejskiej. Nawet nie pamiętam czy Bielizna zaczęła o czasie, najważniejsze, że zaczęła. Wcześniej fajne przemówienie okolicznościowe wygłosił dyrektor MOK – Artur Galicki. Zapowiedział „Lecha Wałęsę polskiej muzyki” i… poszło!

Na pierwszy rzut usłyszeliśmy „Miłość w Jugosławii” z drugiej zdaje się płyty. Następne w kolejce były utwory z płyt przed i po wydanej w 1990 roku „Wiary, nadziei, miłości i inwigilacji” – kultowego jak dla mnie debiutu „Tańca lekkich goryli” (1988) i „trójki” – albumu „TAG” z 1993 roku. Repertuar oparty o stare sprawdzone numery to normalna zagrywka zespołów, które grają w takich miejscach jak Reszel. W dodatku mimo ubywającej publiczności ludzie dobrze się bawili. Muzycy też. Poczucie humoru Jarka Janiszewskiego zapowiadającego kolejne piosenki trafiało na podatny grunt, choć niekiedy lider Bielizny był nieco kąśliwy.

Podczas koncertu zespół woził nas, słuchaczy po świecie, często zahaczając o Bałkany, ale było też o Placu Pigalle, torreadorach, polskich górach i misiu, z którym to zdjęcie ma chyba każdy kto choć raz był w Zakopanem, a na koniec muzycy przenieśli nas do R.P.A. w czasy, kiedy w ojczyźnie Nelsona Mandeli było zupełnie odwrotnie niż dzisiaj. Psychodeliczna, ale utrzymana w – było nie było – tanecznym rytmie, muzyka tylko raz skręciła w inne klimaty. W utworze „W imieniu prawa” z debiutanckiej płyty zrobiło się nowofalowo, w dodatku tam tekst jest wyjątkowo mało śmieszny… Acz wciąż aktualny…

Pamiętam charyzmatycznego wokalistę z występów z Czarno-Czarnymi, gdzie grał z kolegami z Big Cyca, tam jednak chodziło chyba głównie o zabawę. W Bieliźnie to przesłanie, nawet jeśli zawoalowane niezbyt poważnymi tytułami (bo czy takie są np. „Maria ma mały biust”, „Chuda Berta przejmuje rząd dusz” albo „Władek przechodzi w piaty wymiar”?), wydaje się być mocno istotne. Jarek Janiszewski praktycznie przed każdym utworem mówił mądre słowa, czym zaskarbił sobie na dobre szacunek mój i przynajmniej tej najwytrwalszej części reszelskiej publiczności. Czas upłynął szybko, deszcz przyspieszył ucieczkę publiki, jednak kilka osób zostało do końca, co muzycy docenili grając bis. Koncert jak dla mnie udany, również dlatego, że usłyszałem chyba wszystko co chciałem („Steeeeefaaaaan”!!!). Organizatorom należą się słowa wielkiego uznania za „pójście pod prąd i nierobienie zenka”. Sezon koncertowy  uważam za otwarty. W dobrym stylu.

Autor:Marek Szymański

Link do oryginalnego artykułu:
Kliknij tutaj…

 68 wszystkie odwiedziny,  2 dzisiejsi goście